Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.
X

Bądź na bieżąco

Zapisz się na nasz newsletter

Sponsorzy i partnerzy

Historia pewnej choroby...
2012-08-20 10:48:34
Opowiem Wam historię o kobiecie, która o mały włos nie umarła przez oszusta. Maria jest moją pacjentką. Trafiła do gabinetu Kwiatu Kobiecości w trakcie pierwszego rzutu choroby nowotworowej dwa lata temu. Dzielna, optymistycznie nastawiona do leczenia, pełna wiary w wyleczenie.

Potrzebowała minimalnego wsparcia psychologicznego, takiego lekkiego dotyku profesjonalisty, który utwierdzałby ją, że idzie dobrą drogą. Pracowałyśmy krótko, Maria wróciła szybko do pracy, rzuciła się w wir życia rodzinnego. Wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Często myślałam o Marii, wracałam pamięcią do naszych spotkań, przypominałam sobie, jak na moich oczach zakwitała powtórnie po leczeniu radio i chemioterapią. Cały czas miałam w oczach światło jej optymizmu. Ale jakoś nie dawała mi spokoju, w końcu więc napisałam zwykłego maila z pozdrowieniami i pytaniem o zdrowie. Maria miała wznowę. Z trudem znosiła kolejne chemie.. Mimo obietnic profesora, który sugerował, że dysponuje całym wachlarzem możliwości terapeutycznych, Maria nie reagowała dobrze na leczenie. Nie odbyła już ostatnich seansów, nie miała siły... 

Spotkałyśmy się już po wszystkim. Marysi odrastały włoski.. Była tak szczupła, że miałam wrażenie, że wiatr ją uniesie.. „dowiedziałam się, że druga wznowa przyjdzie jeszcze szybciej niż pierwsza..” szepnęła, a mnie ogarnęła straszna złość na kogoś, kto tak bezmyślnie potrafi „pocieszyć”. Powinno się karać za takie słowa.

Maria zaczęła szukać innych możliwości leczenia raka. Trafiła do zielarza-dietetyka. Za ciężkie pieniądze kupiła mieszanki ziół i różnego rodzaju mikstury, które miały rzekomo uleczyć ją ze wszelkiego złego. To nie wszystko. Marysia dostała listę zakazanych produktów, których spożywanie „karmi” raka. Przez kilka miesięcy odżywiała się kaszą pęczakiem i białkiem kurzym. Ważyła już mniej niż 40 kg kiedy się spotkałyśmy. Mało tego, „cudotwórca” zażądał bezwzględnego posłuszeństwa i odstawienia wszelkich leków polecanych przez lekarzy. Kiedy Maria zachorowała na zapalenie oskrzeli i jedyną możliwą  terapią było leczenie antybiotykami, „cudotwórca” wpadł we wściekłość i to na szczęście otworzyło oczy pacjentce. Otrzeźwiło na tyle, że zechciała o tym porozmawiać. Zbiegło się to w czasie z naszym, pierwszym po wznowie, spotkaniem. Usłyszałam wątpliwości w jej głosie i złapałam się tego jak deski ratunkowej. Miałam wrażenie, że wyciągam ją z topieli.

Dziś Maria jest pod opieką profesjonalnego dietetyka, który indywidualnie pracując z pacjentką dobrał taką dietę, by wzmocnić organizm wyniszczony i przez terapię onkologiczną jak i przez hochsztaplera-cudotwórcę. Odpowiednia dieta ma na celu również zapobiec nawrotowi choroby. My natomiast pracujemy nad tym, by ufała medycynie konwencjonalnej i racjonalnie szukała wsparcia w innych dziedzinach wiedzy. Maria zaczyna...kwitnąć.

Ta historia nie jest wyjątkowa. Każdy człowiek, który ma poczucie, że traci kontrolę nad swoim życiem i nie znajduje ratunku wśród lekarzy, może trafić w ręce takiego oszusta. Ktoś kto usłyszał od lekarza „druga wznowa przyjdzie szybciej i nic na to nie poradzimy” bierze sprawy w swoje, często przerażone, ręce i szuka na oślep pomocy. I tu jest ta szpara, w którą wcisnąć się łatwo „cudotwórcy”, który obieca wszystko. Oczywiście za odpowiednią opłatą. Ktoś, kto się boi zapłaci każdą cenę, za pomoc, za wyzdrowienie, za życie. My, profesjonaliści nie możemy na to pozwolić. Trzeba czujności, trzeba uwagi, nie wolno dopuścić do tego by pacjent miał wątpliwości. On musi wierzyć w medycynę, w jej możliwości, w postęp nauki. Zbyt łatwo można kogoś stracić, tylko dlatego że ten ktoś stracił wiarę.

A przy okazji, lekarzom życzę z całego serca empatii i takich umiejętności językowych, które przynoszą tylko psychologiczne korzyści pacjentom. 

Ewa Siekacz