Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.
X

Bądź na bieżąco

Zapisz się na nasz newsletter
dodaj

Sponsorzy i partnerzy

Promień słońca, czyli list wyjątkowej Kobiety
2014-07-04 14:13:39

Gdy przeczytałam ten list poczułam jak promień słońca otacza moje serce. Głęboko odetchnęłam i przeczytałam raz jeszcze, i jeszcze raz...


 

Jest pewna teoria, która mówi, że kiedy ktoś inny przyjmie naszą historię, odbierze ją i odczuje, wtedy możemy lżej i łatwiej pójść z nią dalej. Nie chodzi o porzucenie przeszłości, wyparcie jej, ale o zintegrowanie jej w naszym życiu. 

 

Głęboko wierzę w uzdrawiającą moc takich historii, bo poza autentycznością stanowią świadectwo siły życia, siły marzeń i miłości. Świat nas kocha a ta historia jest tego przykładem, pamiętajcie o tym! 

 

 

"Dzień dobry, Kasiu! Przeczytałam Twój ostatni artykuł na stronach „Kwiatu kobiecości” i w ogóle zaznajomiłam się z tym portalem. Przeczytałam też kilka komentarzy bardzo dzielnych, odważnych kobiet walczących z tym najgorszym – z chorobą, którą jeszcze większość ludzi uważa za nieuleczalną: z rakiem i to wszelkiego rodzaju. Przeczytałam też kilka listów pisanych do Ciebie, w których niektóre kobiety piszą, że nie będą się leczyć, bo albo się boją, albo uważają, że nie będzie tak źle i nie warto się tym na razie przejmować. 

 

 

Otóż, moje Drogie Panie, chciałabym również ja, osoba od większości z Was o wiele starsza (ponad 70!) podzielić się kilku moimi osobistymi doświadczeniami. Dokładnie przed dwudziestu laty, podczas, wydawało mi się, lekkiej grypy, moja lekarka spojrzała na mnie i powiedziała:, jaka pani jest blada! – i skierowała mnie na badania krwi. Okazało się, że te wyniki są niezbyt dobre, a ponieważ od czasu do czasu miałam różne bóle brzucha i dreszcze, więc zrobiono mi też sonografię i kolonoskopię. Jakież było moje przerażenie, kiedy lekarka powiedziała mi, że wygląda na to, że mam raka jelita grubego i to w bardzo zaawansowanym stopniu! Skierowano mnie do szpitala, gdzie chirurg powiedział mężowi, że jest bardzo źle i że musi się liczyć z tym, że moje życie może potrwać najprawdopodobniej już tylko kilka tygodni! 

 

 

Nasze życie i plany nagle się kompletnie zmieniły – musiałam jednak przed operacją dokończyć kilka ważnych prac służbowych i dzięki temu nie miałam za dużo czasu na rozmyślanie o tym, co mnie czeka, lub właściwie już tutaj nie czeka. W tym, aby nie zacząć „wariować” pomogło mi również to, że akurat miałam u siebie w domu przyjaciół, którzy przyjechali z wizytą na kilka dni. Nie chciałam nikomu mówić o swoich zmartwieniach, ale nie wytrzymałam i powiedziałam im o tym, co się stało. I okazało się nagle, że zrobiło się mi trochę lżej, że jednak dobrze jest powiedzieć komuś, komu się ufa o swoich zmartwieniach! Za dwa tygodnie po diagnozie poszłam na operację – wieczorem przed operacją starałam się nie myśleć o tym, co będzie i powtarzałam sobie to, co mi poradził zaprzyjaźniony wyznawca jogi: „nic się nie przejmuj, obudzisz się po operacji i nie będzie tak źle”. I faktycznie, okazało się, że jednak jeszcze można coś uratować: tym razem chirurg już powiedział mi, że przyjdę na badania kontrolne do niego za miesiąc, za dwa, za pół roku… 

 

 

Potem przyszła chemoterapia, która trwała cały rok (zawsze 1 tydzień w miesiącu, w pozostałym czasie jeździłam do Polski do mojej Mamy, która oczywiście o niczym nie wiedziała, trochę pracowałam, starałam się żyć normalnie, łącznie z wizytą w teatrze, u fryzjera, kosmetyczki itp.) Tylko zawsze będąc na badaniu u lekarski obserwowałam innych pacjentów, czasem z lekkim strachem w głębi serca pytałam się, jak są długo po operacji – okazało się, że jednak u wielu osób rak nie jest równoznaczny z szybkim odejściem z tego świata. To mnie zaczęło napawać optymizmem. Niedługo po tym zaczęłam znowu pracować i udzielać się w pracy społecznej (jak wiesz, mieszkam zagranicą i tam pracuję do dzisiaj, jako tłumacz, a także bardzo aktywnie w stowarzyszeniu polonijnym).

 

 

Droga Kasiu i Moje Panie z portalu, zaczął się dwudziesty pierwszy rok mojego nowego życia. Oczywiście, do dzisiaj nie jest mi obca obawa z każdorocznych badań kontrolnych. Ale żyję, pracuję, jeżdżę na wycieczki zagraniczne, mam trójkę kochanych wnucząt, kochającego męża, wielu przyjaciół). Ale gdybym przed tymi dwudziestoma laty po otrzymaniu diagnozy – rak - załamała się, nie szła na operację, nie starała się potem żyć normalnie – na pewno już bym dzisiaj nie mogła do Ciebie Kasiu, ani do żadnej z miłych, odważnych Pań, napisać.

 

 

A więc, drogie Dziewczyny: wszystkie jesteśmy wyjątkowe, niepowtarzalne i takimi bądźmy pomimo różnych bardzo ciężkich momentów.

Tego Wam wszystkim życzy – Krystyna z Pragi Czeskiej. "