Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.
X

Bądź na bieżąco

Zapisz się na nasz newsletter

Sponsorzy i partnerzy

Jeść tak, by lepiej walczyć z chorobą
2018-10-29 00:00:00

Wywiad przeprowadzony przez Dorotę Mirską-Królikowską z dietetykiem mgr. inż. Ewą Ceborską-Scheiterbauer, opublikowany na łamach książki „SIŁA ŻYCIA. Podaj dalej…” wydanej przez Nutricię Medyczną.


Podczas pięcioletnich studiów obejmujących żywienie człowieka i dietetykę, w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego na Wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji, miała niewiele godzin zajęć poświęconych wyjątkowym potrzebom dietetycznym osób z chorobami onkologicznymi. Kiedy więc jeden z lekarzy hematologów poprosił ją, by przygotowała warsztaty dla pacjentów zmagających się ze szpiczakiem mnogim, miała poważne wątpliwości, czy da radę. Zaczęła szukać informacji dotyczących żywienia onkologicznego w dostępnej literaturze zagranicznej, rozmawiała z lekarzami na temat specyfiki tej choroby i sposobów jej leczenia. Spotkanie z pacjentami stało się przełomowym momentem w jej karierze. Okazało się, że nie wiedzieli, jak komponować posiłki i jak wzbogacać je w substancje odżywcze, by wspomagać leczenie. Co przeraziło ją najbardziej? – wszyscy byli przekonani, że dieta nie ma znaczącego wpływu na ich samopoczucie i nie wpływa na poprawę komfortu życia, a także na bardziej efektywne leczenie. Godzili się z tym, że choroba może powodować skrajne wyniszczenie organizmu i że nie ma na to rady. – Nie musi tak być! Są sposoby, dzięki którym możecie odzyskać siły i zwiększyć szanse powrotu do zdrowia! – przekonywała ich. Postanowiła wówczas, że zrobi wszystko, by pomagać osobom z chorobami onkologicznymi, i dzisiaj jest jednym z wciąż niewielu dietetyków w Polsce specjalizujących się w onkodietetyce. Do niedawna opracowując programy żywieniowe dla swoich podopiecznych, opierała się na własnych doświadczeniach oraz wiedzy pozyskiwanej z wielu różnych źródeł. Dwa lata temu (na szczęście!) opublikowane zostały standardy żywienia w onkologii, dziś więc może powiedzieć, że wreszcie jest konkretny punkt odniesienia. Ale niestety – jak mówi – wiedza na temat znaczenia odpowiedniej diety podczas leczenia chorób nowotworowych, zarówno wśród wielu lekarzy, jak i pacjentów, jest nadal niewystarczająca.

 


– Czy każdy pacjent chory na nowotwór powinien zasięgnąć opinii dietetyka specjalizującego się w tej dziedzinie?

W idealnym kraju i w idealnym szpitalu jest tak: pacjent z diagnozą onkologiczną od razu po rozpoznaniu choroby kierowany jest do specjalisty dietetyka. Ten, w porozumieniu z lekarzem prowadzącym, opracowuje odpowiednią dla chorego dietę. Tu dodam, że bardzo ważny jest czas jej wprowadzenia, ponieważ o wiele łatwiej zapobiec niedożywieniu, niż potem pacjenta z niego wyprowadzić. Następnie, w tym idealnym miejscu, sposób żywienia jest na bieżąco modyfikowany i dopasowywany do przebiegu leczenia, samopoczucia chorego, jego aktualnych potrzeb. Dzięki temu terapia onkologiczna przebiega sprawniej, a dobrze odżywiony pacjent lepiej na nią reaguje i ma siły do walki z chorobą. No cóż, do takiego idealnego świata jeszcze nam daleko. W wielu szpitalach lekarze i pielęgniarki w ogóle nie informują chorych o tym, że podczas terapii powinni zwrócić szczególną uwagę na to, co jedzą. Obecnie opieka dietetyka szpitalnego sprowadza się najczęściej do układania jednakowych jadłospisów dla wszystkich chorych segregując diety na wątrobowe, łatwostrawne czy ze zmieniona konsystencją – najczęściej nie ma ani czasu, ani środków na indywidualne konsultacje. Co więc robią zostawieni samym sobie pacjenci? Szukają informacji w Internecie lub w literaturze. I często trafiają fatalnie. Niestety na wielu stronach w sieci można znaleźć mnóstwo bzdurnych, wręcz szkodliwych porad. A na półkach – o zgrozo!, nawet w kioskach znajdujących się na terenie szpitali onkologicznych!!! – leży wiele książek z chwytliwymi hasłami typu: „głodówka leczy raka”, „dieta cud pokona raka” albo „wyzdrowiejesz dzięki pestkom moreli”.

 

– Naprawdę takie książki można kupić w szpitalach?

Tak! I to w dużych centrach onkologii. Leżą tuż obok odżywczo kompletnie bezwartościowych kremówek czy ptysiów. A ja aż dostaję dreszczy, widząc pacjentów po nie sięgających. Mam wtedy ochotę krzyczeć, żeby omijali je z daleka, bo te niby-cudowne rady mogą ich kosztować życie. Uważam, że tego typu szkodliwa literatura powinna być w szpitalach zakazana. Kiedy przychodzą do mnie chorzy, którzy naczytali się takich „mądrości” i opowiadają, jakie zmiany w diecie pod ich wpływem wprowadzili, załamuję ręce...

 

– Co takiego można na przykład wyczytać w tych pozycjach?

Jedną z najbardziej szkodliwych jest przekazywana w wielu różnych publikacjach informacja, że raka można zagłodzić. Ich autorzy zachęcają chorych do drastycznego ograniczenia posiłków albo zastosowania różnego rodzaju monodiety, na przykład polecają, by jedli same warzywa czy pili tylko soki owocowe. A pacjenci naprawdę w to wierzą i zaczynają te cudowne zasady wprowadzać w życie. Niestety taki sposób żywienia nie zwalcza komórek nowotworowych. Są one na tyle „sprytne”, że z łatwością dopasowują swój metabolizm do nowych warunków, np. do głodówki żywiciela. Tymczasem głodówki konsekwentnie doprowadzają do wyniszczenia organizmu oraz mogą zmniejszać skuteczność leków onkologicznych. Organizm, który nie otrzymuje potrzebnych składników, nie jest w stanie bronić się przed chorobą. Od jakiegoś czasu modne jest stosowanie niby-leczniczych pestek z moreli. Pacjenci przychodzą do mnie i pytają, na przykład ile tych pestek powinni dziennie zjadać, żeby zadziałały. Pytam, czy informowali lekarza o tym swoim morelowym eksperymencie. Oczywiście nie, ponieważ nikomu nie przychodzi do głowy, że może okazać się szkodliwy. A może! Pestki z moreli zawierają związek chemiczny, amigdalinę. W ten sposób w organizmie pacjenta, który spożywa je w większych ilościach, gromadzi się piorunująca mieszanka amigdaliny, różnych leków onkologicznych i pożywienia. Może ona wejść w reakcję ze składnikami leków i zaburzyć ich działanie albo w gorszej sytuacji doprowadzić do niewydolności nerek. Kiedy o tym mówię, otwierają szeroko oczy ze zdziwienia. Inni chorzy uznają, że do tej pory odżywiali się niezdrowo, więc drastycznie zmieniają dietę i przechodzą z dnia na dzień na przykład na weganizm. Zupełnie nie biorą pod uwagę tego, że taka dietetyczna rewolucja działa na ich organizm szokująco. Jeśli do tej pory żywili się fastfoodami, ich układ pokarmowy nie będzie w stanie poradzić sobie z tak dużą ilością warzyw, zwłaszcza strączkowych. Tłumaczę im, że wszystkie zmiany w odżywianiu należy wprowadzać stopniowo, powoli, tak by ciało miało czas na zaadaptowanie się do nowych warunków. Oczywiście, że powinno się jak najszybciej odstawić śmieciowe jedzenie i zacząć je zastępować pełnowartościowymi posiłkami, ale nie należy popadać przy tym w skrajności. Jeszcze inni pacjenci chcąc sobie pomóc, zaczynają stosować zasady odżywiania zaczerpnięte z medycyny chińskiej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby mieszkali w Chinach i leczyli się w chińskim szpitalu. Ale tutaj, w Polsce, taka filozofia jest nie tylko bezużyteczna, ale może być wręcz szkodliwa i doprowadzić do osłabienia organizmu. Jeśli jestem w szpitalu europejskim i jestem poddawany tutejszej terapii, to powinienem także stosować obowiązujące w tym miejscu zasady żywienia. System leczenia i sposób odżywiania powinny być spójne i wzajemnie się uzupełniać.

 

– Co i jak zatem powinno się jeść, by pomóc sobie w walce z chorobą?

Nie ma jednej uniwersalnej onkodiety, którą mogłabym zalecić wszystkim chorym. To czasami najtrudniej wytłumaczyć osobom, które przychodzą do mnie na pierwszą wizytę i oczekują konkretnego, sprawdzonego jadłospisu antynowotworowego. Tymczasem każdy pacjent ma inne potrzeby. Sposób żywienia trzeba dopasować indywidualnie, m.in. do jego stanu zdrowia, rodzaju schorzenia, metody stosowanej terapii onkologicznej, a także skutków ubocznych, jakie wywołuje. Inną dietę ułożę dla chorego, który bardzo schudł, jeszcze zanim padła diagnoza, i jest niedożywiony, a inną dla osoby w dobrej kondycji. U tej pierwszej osoby będziemy musieli jak najszybciej uzupełnić niedobory. Bo jeśli będzie miała nieprawidłowe wyniki badań krwi, lekarze mogą się obawiać wprowadzić intensywne leczenie. Być może zaczną je odsuwać w czasie, czekając do chwili, kiedy chory się wzmocni – a wiadomo, że w tej chorobie znaczenie może mieć każdy dzień. Z kolei jeśli pacjent jest w dobrej formie, ale wiemy, że niebawem czeka go poważna operacja, także będzie potrzebował specjalnego odżywienia. Postaramy się dostarczyć mu wartościowych składników, jak gdyby na zapas. Takich różnic, które muszę wziąć pod uwagę, planując dla kogoś dietę, jest naprawdę dużo. Jest tylko jedna podstawowa zasada, której należy przestrzegać zawsze i u wszystkich pacjentów – powinniśmy zrobić wszystko, żeby podczas leczenia utrzymać masę ciała. W trakcie terapii należy stale kontrolować wagę. Jeśli zacznie się gwałtownie zmieniać, to sygnał, by jak najszybciej skontaktować się z profesjonalistą i zmienić dietę.

 

– Zazwyczaj chorzy chudną, prawda?

Tak, rzeczywiście często się to zdarza. Stres związany z postawieniem diagnozy jest tak silny, że wiele osób zupełnie traci apetyt. Czasami wręcz pojawia się jadłowstręt, który może bardzo szybko doprowadzić do poważnych niedoborów. Dodatkowo sama choroba często powoduje przyspieszenie przemiany materii. Całe ciało działa wówczas jak gdyby na zwiększonych obrotach. Większość rodzajów terapii onkologicznych jest też obciążająca i trudna dla organizmu – chorzy, podczas naświetlania, chemioterapii czy po operacjach, nie są w stanie przyswoić wystarczającej ilości pożywienia, niektórzy mają nudności, wymiotują i chudną (wyjątkiem jest hormonoterapia, podczas której kobiety z rakiem piersi estrogenozależnym najczęściej przybierają na masie ciała). Utrata kilogramów, jaką obserwujemy, jest bardzo niekorzystna, ponieważ chorzy tracą nie tylko tkankę tłuszczową, ale także bardzo ważną i potrzebną podczas leczenia i późniejszej rehabilitacji – tkankę mięśniową. Moim zadaniem jest więc opracować taki sposób żywienia, który pomimo tych wszystkich poważnych trudności dostarczy choremu niezbędną ilość składników odżywczych. Dzięki temu jego organizm będzie miał, z czego czerpać siły do zwalczania komórek nowotworowych, naprawy zniszczeń i regeneracji.

 

– Czy jakieś składniki odżywcze są wówczas szczególnie potrzebne choremu?

Aby zapobiegać spadkom masy ciała, pacjent przede wszystkim powinien otrzymywać wystarczającą ilość makroskładników, a więc: białka, tłuszczów i węglowodanów. Dopiero w drugiej kolejności myślimy o tym, żeby zapewnić mu w diecie witaminy czy składniki mineralne. Innymi słowy: jeśli chory nie toleruje warzyw i owoców, źle się po nich czuje, to nie martwimy się tym w tej chwili – na uzupełnienie witamin przyjdzie czas później. Teraz skupiamy się przede wszystkim na podstawowych potrzebach. Na przykład zapotrzebowanie na białko wzrasta podczas leczenia nawet dwukrotnie – zdrowa osoba potrzebuje 0,8 g na kg masy ciała, pacjent onkologiczny 1,5 g/kg, a przed operacją nawet 1,6 g/kg (ale uwaga!, przy niewydolności nerek, u osób które nie są dializowane nie wolno zwiększać ilości tego składnika w diecie). Jest ono niezbędne do regeneracji tkanek. Mówiąc obrazowo – jeśli chemioterapia uszkadza różne miejsca w organizmie, to białko łata te dziury. Jest też potrzebne do tego, żeby transportować niektóre leki onkologiczne i dostarczać je tam, gdzie powinny trafić. Jeśli więc białka jest za mało, rany i oparzenia trudniej się goją, a pewne lekarstwa działają słabiej.

 

– Jeżeli ktoś nie zna się na teorii dietetyki, to może mieć problem z obliczeniem, ile czego chory potrzebuje na danym etapie...

Owszem, dlatego tak potrzebna okazuje się pomoc dietetyka, który wszystko obliczy i będzie czuwał, by pacjentowi niczego w diecie nie brakowało. Natomiast chorym i ich opiekunom często powtarzam, że podstawową zasadą, jakiej powinni przestrzegać, jest: jedz tylko wartościowe rzeczy. Każdy kęs ma znaczenie. Wszystko, czego dostarczasz organizmowi, jest w tej chwili dla ciebie superważne, więc sięgaj po produkty zdrowe, jak najmniej przetworzone, z jak najmniejszą ilością chemicznych ulepszaczy. Zatem jeśli jogurt – to naturalny, nie owocowy. W tym owocowym jest co najmniej kilka łyżeczek cukru, dodane zagęstniki i inne ulepszacze. Ale wystarczy naturalny jogurt wymieszać ze zmiksowanymi lub startymi na tarce owocami i otrzymasz pełnowartościowy i pyszny deser bogaty w białko, witaminy, błonnik i bakterie kwasu mlekowego, korzystnie działające na jelita. Zamiast kupować wędlinę w sklepie – warto zerknąć na opakowanie, by przekonać się, ile dodano do niej konserwantów! – można upiec kawałek mięsa z ziołami. Często widzę przy łóżku chorych dwie drożdżówki i kilka marchewkowych słodzonych soków przecierowych. Są przekonani, że odżywiają się zdrowo. Niestety w tych produktach znajdują się takie ilości cukru i innych bezwartościowych składników, że można je nazwać zapychaczami, bo tylko zapychają żołądek. Po dwóch takich soczkach nie ma się już ochoty na wartościowy posiłek. A podczas choroby nie możemy sobie na to pozwolić! I proszę nie myśleć, że zdrowe jedzenie musi być nudne czy niesmaczne! Naprawdę można nauczyć się tak komponować posiłki, by były skarbnicą leczniczych składników i jednocześnie były pyszne. Przepisy na takie dania, znajdziecie państwo na końcu tej książki. Zamieszczam też często nowe propozycje posiłków na stronie www.nutriblog.pl. Warto z nich skorzystać.

 

– Rodziny często przynoszą chorym do szpitala domowe jedzenie. Dobrze robią?

Bardzo dobrze. W niektórych placówkach jest to wręcz niezbędne. Jeśli widzimy, że pacjenci dostają na śniadanie parówki, na obiad makaron, a na kolację pasztetową, to wiadomo, że nie jest to jedzenie, które dostarczy choremu pełnowartościowych składników odżywczych. Ale przygotowując bliskiej osobie posiłki, warto się zastanowić, czy ma ona w szpitalu dostęp do lodówki i do kuchenki. Jeśli tak, świetnym pomysłem będzie domowa zupa ugotowana na dobrej jakości mięsie (najlepiej wiadomego pochodzenia, a więc kupionego na targu od zaprzyjaźnionego gospodarza lub pochodząca ze sklepu, ale za to z certyfikatem „QAFP”, z odpowiednią ilością odżywczych warzyw i kasz. Warto uwzględnić specjalne potrzeby osoby, którą się opiekujemy, i dowiedzieć się, czy są potrawy, których nie może jeść. Przy niektórych lekach podawanych podczas chemioterapii następuje wtórna nietolerancja laktozy, więc nie powinno się podawać choremu nabiału. Nabiałowa dieta jest również niewskazana przy naświetlaniu jamy brzusznej. Z kolei jeśli chory ma problem z połykaniem, najlepszym pomysłem na posiłek będzie zmiksowana, pożywna zupa. Ewentualnie, jeśli zachodzi taka potrzeba, na przykład przy dysfagii, zupa powinna być dodatkowo zagęszczona. Wystarczy dodać trochę bezwonnego, bezsmakowego zagęstnika w proszku i taką zupę krem łatwiej się będzie choremu jadło. Natomiast jeśli nie ma on dostępu do sprzętów kuchennych, najlepiej przynieść kanapki albo przywieźć zupę w termosie i podać choremu, dopóki jest ciepła. Krótko mówiąc, zanim przygotuje się posiłek dla chorego, warto sprawdzić, jakie są warunki w szpitalu, a następnie przedyskutować z nim, jakie ma potrzeby, na co ma ochotę, i uwzględnić jego pragnienia. I – co bardzo, bardzo ważne – nie złośćmy się na bliską osobę, dla której pół nocy gotowaliśmy wymarzoną pomidorówkę, jeśli przełknie zaledwie trzy łyżeczki i odmówi dalszego jedzenia. Wszyscy wiemy, że powinna zjeść więcej, że pożywny posiłek jest jej potrzebny. Dlatego proponujmy, delikatnie nakłaniajmy, ale nie zmuszajmy. Weźmy pod uwagę to, że ona po prostu nie ma siły albo apetytu, i wlewanie w nią kolejnych łyżek nie ma sensu. Darujmy sobie też komentarze: „Ja tu się tyle namęczyłam, gotowałam, miksowałam, przywiozłam, a ty nie jesz!” albo: „Musisz jeść, bo inaczej nie wyzdrowiejesz!”. Takie płynące z głębi serca, z pewnością powodowane naszą szczerą troską „zachęcanie” niestety może wzbudzić w chorym tylko poczucie winy, wywołać stres i jeszcze bardziej nasilić problemy z odżywianiem.

 

– W takim razie, co robić, gdy chory nie chce albo nie może zjeść tyle, ile powinien?

Jeśli pojawiają się pierwsze symptomy niedożywienia (gorsze parametry krwi, utrata masy ciała), a nawet już wówczas, gdy istnieje takie ryzyko (brak apetytu, wymioty, trudności w przełykaniu), warto wraz z lekarzem prowadzącym rozważyć włączenie żywienia specjalistycznego. Są to produkty odżywcze takie jak Nutridrink, które w małej objętości zawierają maksymalnie dużo składników odżywczych, w tym białka. Jeżeli chory nie jest w stanie zjeść tyle białka ile jest mu potrzebne, może uzupełnić niedobory stosując wysokobiałkowy, specjalistyczny preparat odżywczy, Nutridrink Protein. Powinno się go popijać powoli, małymi łykami, przez słomkę lub dodawać do pożywienia. Jedna butelka zawiera 300 kilokalorii i aż 18 gramów białka. W przeliczeniu na tradycyjne pożywienie taka ilość białka to na przykład: sześć dużych plastrów szynki albo cztery ugotowane jajka podane z majonezem. Jeżeli zapach będzie dla pacjenta zbyt intensywny, warto Nutridrink przed podaniem schłodzić, wówczas będzie pachniał mniej. U niektórych osób, jest konieczność karmienia przez specjalne zgłębniki (rurki) założone przez nos lub skórę brzucha bezpośrednio do żołądka lub jelita. Ja wiem, że to nie brzmi szczególnie dobrze i wielu chorych broni się przed takim rozwiązaniem, ale w wielu przypadkach jest to odpowiedni sposób, żeby efektywnie dostarczyć organizmowi wszystkich składników, które są mu niezbędne. Po jakimś czasie rurkę można usunąć, by wzmocniony chory mógł ponownie zacząć jeść to, co lubi, i tak jak lubi, tradycyjną drogą. Pamiętajmy, jaki jest cel: trzeba odżywiać się tak, by wzmacniać organizm w walce z chorobą. I tego się trzymajmy.